Po prostu jestem

Spać mi się chce, choć da się nawet wytrzymać. Za oknem ciemne chmury, choć mój smartphone mówi, że ma być cały dzień słońce, dopiero koło 22.00 trochę deszczu.

Kumpel z Australii odezwał się, że chce pogadać, następnego dnia, z rana. Na drugi dzień nie zgłosił się, aż do wieczora, kiedy napisał, że ma znowu spory dołek i myśli samobójcze, więc idzie do szpitala. Póki co, to nic o nim nie słychać.

Wczoraj grałem w paletki, mogłem się trochę wyszaleć, do bólu nóg. Potem jednak lepiej śpię, tak mi się wydaje.
To interesujące, że gdy rano się budzę, to naprawdę nic nie ma sensu.
- Tak sobie teraz myślisz – chodzi mi po głowie – że nie ma sensu nic robić, ale wiesz, logicznie, że w ciągu dnia się to zmieni.
No i tak było. Porobiłem moje ćwiczenia, które w danym momencie nie miały żadnego sensu, bo tak.
Potem wsiadłem na rower i po przejechaniu kawałka jakoś zaczęło się robić przyjemniej, w sensie, neutralnie. Nie, żeby wszystko nabrało znaczenia, ale nie warto było sobie tym głowy zawracać.

Teraz piję kawę, po prostu jestem.
Ciekawe kiedy się ten kumpel znowu odezwie.

Tak to już bywa

Spać mi się chce, piję już trzecią kawę, choć dopiero krótko po 10. Napisałem parę maili ostatnio i nawet się ludzie zgłosili. Odezwał się nawet ten kumpel z Australii, chce jutro pogadać. Ciekawe jak mu się wiedzie. Mówi, że ma huśtawkę, to znaczy, pisze.
Ja wczoraj też miałem huśtawkę, to znaczy, dołek. Niedziela. Tyle chciałem zrobić, miałem zrobić, skończyło się na oglądaniu czegoś na YT. Kawa nie pomagała.

Odezwała się nawet ta wariatka, której wynajmuję mieszkanie. Mam się z nią spotkać we wtorek. Niemieccy specjaliści od lat próbują zatkać dziurę w dachu. Ze znikomym skutkiem. Wariatka pewnie będzie znowu narzekała. Ona lubi na wszystko narzekać, szczególnie na to mieszkanie, które ode mnie wynajmuje. Wyprowadzić się oczywiście nie ma zamiaru, kaucji zapłacić też nie, czy innych długów, choćby za klucz, który zgubiła kiedyś i na mój koszt musiałem dorobić. Miała mi zwrócić.

W każdym razie, gdy rano się obudziłem, koło 4.30, choć siedziałem na internecie do 23.30, to nic nie miało sensu. Próbowałem dalej spać, ale raczej mi się to nie udało. W mojej głowie coś jest tak, że nie chce spać, jak jest jasno i muszę do roboty.
- Nic nie ma sensu, moje całe życie – mówiło coś w mojej głowie. – Nie ma sensu robić porannych ćwiczeń.
Może i nie ma sensu, ale ćwiczenia zrobiłem, bo jakaś inna część mojej głowy wie o tym, że to taki po prostu nastrój. Smutno mi w sumie było, to taki rodzaj bezradności, że nie potrafię wielu rzeczy zrobić. To znaczy, marnuję tak dni.
Tyle tylko, że przed snem obejrzałem trochę komików, jeden też wspominał o swojej terapii. Można się było pośmiać. Wolę to, niż dołowanie się czymś.
Teraz jest mi lepiej niż rano, choć nie jest super. Tak to już bywa.

Krótka notka

Spać mi się chce, ale to w sumie nic nowego. Budzę się wcześnie rano, ale nie idzie za tym wczesne chodzenie spać. W dodatku budzi mnie chyba sąsiad z góry, gdy późno wraca. Tak do końca, to nie wiem.
Myślę, że lepiej wracać późno ze sportu, zmęczony, niż zostawać w domu, próbując spać, budząc się w nocy.

Nawet nie wiem o czym mam pisać, tak powolne są moje myśli, więc pewnie będzie to tylko krótka notka.

Inny świat

Spać mi się chce. To nic nowego, choć jest sobota. Eksperymentowałem z herbatą rooibosh, czy jak jej tam jest. Wiem, inni eksperymentują z ekstazy, ice (crystal meth),  kokainą, jak eksperymentuję z herbatą ziołową, miętową i tą właśni na r. Napiłem się jej przed pójściem spać. Wyczytałem w internecie, że jest uspakajająca. Kładąc głowę na poduszce czułem jak mi serce bije, w skroniach, czy gdzie ono tam bije. Tak byłem wyluzowany, że aż się z tego luzu w nocy obudziłem. Napiłem się jej też do śniadania, zamiast kawy, chociaż kawę potem też chlapnąłem. Teraz jadę na herbacie, po wycieczce do sklepu i na targ. Nie, żebym musiał po coś iść na ten targ, czy do sklepu, ale to taka jedna z rutyn pozwalających mi na zachowanie jakiegoś tam schematu dnia.
Wychodząc z domu spotkałem mojego sąsiada, wczesnego emeryta. Wybierał się z dwoma butelkami wody na spacer po dzielnicy. Chociaż nie wiem, może te butelki wody do samochodu zanosił?
To ten sąsiad, który boi się wychodzić z domu. To znaczy, na ileś tam wyjdzie, ale nie bez problemów.
- No i pójdę na ten obchód – mówi – potem do piekarni, bułka na śniadanie, wiesz. A potem to się człowiek tak tłucze po mieszkaniu nie wiedząc co ze sobą zrobić.
Ja w każdym razie idę zaraz na paletki, zaspany, z bolącym ramieniem. Ale, tam jest wesoło, jak nie zostanę na drugą rundę, to pójdę do sauny.

Tak się przyglądam ludziom, na sporcie, w pracy, w kafejce. Robię to pewnie mimochodem, ale trochę z pasją badacza. Czasami czuję się jakbym był z innego świata. Wiem, że to normalne, tak się czuć, gdy człowiek czasami czuje trochę inaczej.
Moje lęki zmieniają moją perspektywę na pewne rzeczy.
Wiem, że część ludzi uważa, że wystarczy „chcieć”. Coś w tym jest, tyle, że „chcenie” to efekt działania procesów w mózgu. Jedne mówią, że mamy się rozmnażać, oczywiście, u ludzie ma to charakter bardziej subtelny :P
Inne mówię, że nic nie ma sensu. Jeszcze inne, że może coś ma sens. Problem w tym, że gdy pojawiają się te „nic nie ma sensu”, to człowiek tak czuje i tak myśli. Gdzieś tam czuć jakąś smużkę tych „rozsądnych” myśli, ale pogoń za nią jest męcząca. Czy istnieje wiaderko wypełnione dukatami na drugim końcu tęczy? Czy warto tam pobiec z łopatką znalezioną w piaskownicy w parku? Ten wątek pracy nad czymś, gdy nic nie ma sensu, gdy człowiek jest zmęczony, przysypia, ta motywacja jest dosyć słaba. Komercyjnie do kitu. Dlatego ćwiczę mojego autopilota. Moje rutyny to autopilot którego włączam, starając się odłączyć emocje i negatywne myśli. Ale, takiego autopilota trzeba najpierw wytrenować i czasami jest on kapryśny.
W ciągu tygodni wstaję, robię przynajmniej 10 minut różnych ćwiczeń. W weekend tego raczej nie potrafię, bo jestem zbyt wyluzowany. Fakt, pozbieram się w niedzielę, żeby iść pobiegać, czy idę koło południa na sport. Ale tak z rana, nie ma szans.
I tyle. Słucham sobie jakiejś piosenki, każdy język, obcy, to jakby trochę inny świat.

Tak sobie, nic nowego, opony

Latem budzę się wcześnie, tak koło piątej nad ranem. Dzisiaj koło czwartej, ale to może przez eksperymenty z herbatą ziołową. Nie mam problemów ze wstawaniem. To może też wynika z przyzwyczajenia. Dopóki mieszkałem w domu rodzinnym to nie było wylegiwania się w łóżku. Poza tym, to lepiej było szybko wstać, zanim Stary nie wstał, bo wtedy można go było spotkać w przedpokoju, czy gdzieś.
Nie wiem nawet czy myłem rano zęby, jak chodziłem do podstawówki. Czasami wyskakiwałem jak najszybciej z domu, odlewając się gdzieś po drodze, choćby w piwnicy, byle by nie musieć zostać dłużej w domu. Tak mi się tylko skojarzyło. Wiadomo, jak spotkałem starego, to zawsze można było oberwać, jak nie od razu, to pod wieczór, jak się nie przeszło sprawdzianu czystości butów, czy fryzury. To ostatnie raczej nie było do przewidzenia, to trochę jak z policjantami, którzy się do czegoś chcą przyczepić przy kontroli. Tak długo będą szukać, aż znajdą.

W każdym razie, to wczoraj udało mi się wstawić stare koła samochodowe na internet. Nikt się jeszcze nie zgłosił. Nie wiem, czy ktoś się przed zimą zgłosi, jak nie to nie, chodzi mi o sam fakt zrobienia tego. To w sumie w pewnym sensie dziwne, że można mieć lęki przed wstawianiem czegoś w internet. Staram się temu przyjrzeć, ale nie do końca kapuję.

Dzisiaj paletki i sauna. Lubię sobie posiedzieć w saunie, człowiek może się wyluzować. Muszę tylko uważać, żeby tam nie zasnąć.

Grawitacja

Dzisiaj nie chciało mi się wstać. Grawitacja ziemska wgniatała mnie w materac. Obudziłem się najpierw około 4, potem, pewnie, żeby nie było nudno, koło 5, wreszcie koło 6. Wczoraj było wolne, jakieś święto kościelne, więc człowiek się rozleniwił.
W każdym razie, wiadomo, wstałem. Polazłem do kuchni i tam stał talerzyk, na miejscu na którym zawsze kładę rano komórkę. Porządek musi być, powiedziało coś sobie pewnie w mojej głowie. Przestawiłem talerzyk, w nagłym przypływie robienia porządków. Pewnie trochę jak na filmie rysunkowym, postawiłem go nieuważnie na krawędzi pomocnika, a on nie chciał zawisnąć na jego brzegu, więc spadł na podłogę. 2:0 dla grawitacji.

Gadałem wczoraj z B, która siedzi na farmie w Kanadzie. Wakacje sobie zrobiła, work and travel. Jakoś zeszło znowu na te cielaki, bo akurat sporo roboty z nim, bo akurat sezon ich urodzin, czy jak to zwał. Lepiej pewnie jakbym nie pytał.
- To one są potem na tej łące? – zapytałem jednak po wyjaśnieniu, że one się na łące rodzą.
- Nie – mówi B – zabiera się je z łąki.
- Jak to? – jakoś nie umiałem załapać.
- One nie zostają z matką – mówi B.
- Eee, ale przecież te krowy są z nimi związane – mówię – w sensie emocjonalnym.
- Niektóre je próbują schować – dobiła mnie B. – Niektóre robią problemy.
- Takie życie – powiedziałem, bo co miałem powiedzieć. – Dobrze, że raczej nie jem wołowiny – pocieszyłem się na głos. – Wolę jajka.
- To by Ci się spodobało – mówi B – jest tu cała szafa jajek.
No i tyle, mają tam też kurczaki i takie, stąd te jajka. Ale te cielaki chodzą mi po głowie, może dlatego, że były ostatnio jakieś badania na temat wrażliwości krów i takich.
Wiadomo, świat jest o wiele prostszy, jak dzieli się go na ludzi z emocjami i rozumiem, zwierzęta domowe, czyli pupilki, które coś tam nawet człowieka rozumieją i zwierzęce przedmioty.
Grandin, ta trochę autystyczna profesor od hodowli krów, między innymi, powiedziała, że zwierzęta są dla ludzi obiektami, jak śrubokręt, czy młotek, z tą różnicą, że nie wolno ich torturować. śrubokrętem wolno rzucić o ścianę, jakimś zwierzęciem już raczej nie prawo nie pozwala.
Czytam na demotywatorch wypowiedzi niektórych ludzi na temat wegan, czy wegetarian. Widać jak ludzie wysilają się, żeby jakoś zjadanie zwierząt sobie wytłumaczyć, bo to przecież naturalne. Wegetarianie, to nienormalni. Nie wspomnę tu o Hindusach, których ileś tam milionów mięsa nie je. W dodatku część z nich jest nawet dosyć inteligentna, znam i znałem paru. Nie może być.
Kiedyś naturalne było trzymanie niewolników.
Sam jem czasami mięso, nawet mam kiełbasę w lodówce, tyle, że z dzika, ostatnio, ale nie próbuję sobie wmówić, że zwierzęta nie mają emocji. Bo niby czym się ich system nerwowy tak bardzo od naszego różni, podobnie ich zachowanie.
- Pech – mówię sobie, jak jem mięso. I jakoś tam dziękuję temu zwierzakowi, że go mogę zjeść i że mi dobrze smakuje.
Jak jestem w Ikei, co mi się dosyć rzadko zdarza, to przeważnie mi się wróble z mojego podwórka przypominają, które z kawałkami materiałów budowlanych do gniazd zasuwają, by je odremontować, upiększyć. I tyle. Ale ludzie są zupełnie inni, nie ma ich co do wróbli porównywać. Idę spać.

Burza w szklance wody

Ka, taka Japonka, gra od lat z Ax. Nawet wygrywają na wielu turniejach, najczęściej w najniższej klasie, to znaczy trzeciej, bo przeważnie są trzy, ale mimo wszystko. Z tym, że Ka teraz zaczęła wygrywać, grając sama, w drugiej klasie.
– Masz teraz dwie noce, żeby się móc zastanowić dlaczego przegraliśmy na ostatnim turnieju – napisał jej Ax, przed dwoma tygodniami.
Ax uważa, że Ka się nie stara, bo przecież powinni byli dużo lepiej grać.
- Zobacz co on mi napisał — pisze do mnie Ona, czyli Ka.
Mnie to akurat niespecjalnie obchodzi, ale to trochę jak oglądanie jakiegoś serialu.
- Na następnym turnieju znowu wygracie – mówię Ka.
I rzeczywiście, tydzień temu znowu wygrali. Pojechali na turniej jakichś 300 kilometrów w jedną stronę.
Przedwczoraj znowu wiadomość – Jestem na turnieju, w Wiewiórkowie Dolnym – pisze mi Ka. – Ax pojechał już do domu, nawet się nie pożegnał — pisze dalej.
Ano, przegrali znowu.
Co najlepsze, albo najgorsze, to Ka wygrała drugą klasę, bo grała następnego dnia, co Ax się nigdy jeszcze nie udało. Zobaczymy, co będzie dalej.
Trzeba tylko dodać, że to tylko hobby, niby dla przyjemności.

Ja może nie gram ostatnio na turniejach, bo po pierwsze, to mi się nie chce, bo cały tydzień pracuję, a po drugie, to nie lubię przegrywać.
Co innego gdy gram na treningu. Wtedy sam nie wiem, czego chcę. Czasami ktoś mi zmłóci skórę, bo jest lepszy, czasami coś tam sobie trenuję grając i przez to przegrywam. Jak wczoraj. Najpierw grałem z jednym, Łamaczem, przegrałem, 1:2, bo eksperymentowałem i ćwiczyłem sobie pewne rzeczy. Jakaś część mojego mózgu złościła się. — Bo jak to tak przegrałeś – mówiła mi.
- No przecież chciałem poćwiczyć pewne rzeczy – odpowiadam trochę zdezorientowany.
- Poćwiczyć, poćwiczyć – mówi mi ten głos w głowie – i zobacz, przegrałeś znowu.
- Dobra, dobra – pomyślałem sobie – trzeba się zastanowić. Grałem na zwłokę.
A że akurat był czas, to siadłem sobie z jakąś kawą i notebookiem w kafejce koło klubu i nawet chyba zacząłem się ciężko nad tym problemem zastanawiać. I na pewno bym do czegoś doszedł, ale siedziała tam niedaleko miłe zjawisko, więc zerkając na nią i na notebook, siorbiąc bezgłośnie kawę, zapomniałem o tym ważnym temacie.
Potem, po przerwie grałem znowu Łamaczem, tym razem wygrałem 2:0. Oczywiście, musieliśmy grać dalej, bo on chciał rewanżu, więc znowu sobie ćwiczyłem pewne rzeczy i o dziwo przegrałem 1:2. A może to tylko wymówka? Kto wie, co się w mojej głowie dzieje.
Nazywam tego przeciwnika Łamaczem, bo łamie on rakietki, gdy mu coś nie wychodzi. Może nie za często, ale przy mnie rozwalił przynajmniej dwie, to znaczy, w mojej obecności. Grając ze mną chyba tylko jedną.

Dzisiaj niedziela, wolne. Kiedyś nie lubiłem niedziel, bo nie mogłem iść do szkoły, a czasami musiałem ze Starym, czy obojgiem rodziców na ryby. Wiadomo, zawsze można było wtedy za coś oberwać. Nie wspomnę już o wspólnym obiedzie, niedzielnym. Teraz powoli się do niedziel przyzwyczajam.

Jutro jest tu wolne. Jakieś święto kościelne. Może mi moje ramię odpocznie.
Czasami idę na trening, do tego jednego klubu i na 2,5 godziny pogram może 30 minut. Czasami nawet wcale. Samo ćwiczenie kroków, czy uderzanie o ścianę dobrze mi robi. Lubię słuchać dźwięku uderzenia, mogę się skupić na moich ruchach. To jak TaiChi, czy inne takie,medytacja w ruchu. Poza tym to pracując nad jakimś uderzeniem, czy krokiem, widzę, jak on się zmienia, niejako rozwija. To też zmiana przekonań w mojej głowie. Kiedyś wydawało mi się, że jestem dosyć powolny, nie potrafię niektórych rzeczy odbić, czy do niektórych dojść, teraz widzę jak się to powoli zmienia. Jak i to, że sobie tu siedzę, przy otwartych drzwiach balkonu i jest mi nawet dosyć dobrze. Ale to też może dlatego, że akurat wszamałem kawałek makowca :P
Z radia dobiega muzaka, za oknem jakiś ptak śpiewa swoją wieczorną balladę.

Cielaczek

Za oknem robi się chłodno, przez drzwi balkonu dociera miła bryza. Siedzę w kuchni przy zgaszonym świetle, w lekkim półmroku, bo dnie coraz dłuższe, tym bardziej tu na północy. Wiadomo, to nie to samo co kraje skandynawskie, ale jednak trochę północ.
B dostała pracę, na farmie, biologicznej w dodatku.
- Cielaczek się zgubił – napisała mi w jednej z wiadomości. – Szukamy go, w deszczu.
- Co? – pytam – Coś go porwało, czy coś?
- Był nowo narodzony, nocą. Tu jest w pobliżu potok, może do niego wpadł.
Szkoda mi się zrobiło takiego zwierzaka, nawet nie wiem dlaczego, przecież go nigdy nawet nie widziałem.
Dzisiaj po południu przyszła wiadomość – Cielak się znalazł, był gdzieś tam z tyłu. Cały i zdrowy.
Nie wiem, co to znaczy „gdzieś tam z tyłu”, ale B nie lubi się rozpisywać. Pewnie jak kiedy będziemy gadać przez telefon, to mi opowie. Przesunięcie czasowe robi swoje, czas wolny jest zdesynchronizowany.

W niedzielę napisałem SMSa do NB (narkotyk-B). W sumie, to pytałem o jej psa, wielkie bydle w przyszłości, ale jeszcze młode. Zastanawiałem się kiedy się odezwie. Odezwała się dzisiaj. Nie wiem, czy mi serce mocniej zabiło, bo akurat byłem na jakiś zebraniu. Napisała, że zbierała się żeby do mnie zadzwonić i coś tam o planach wakacyjnych i chorobach. Pewnie jutro odpiszę, że łatwiej mnie złapać na Whatsapp.
Nie wiem, czy mam ochotę z Nią rozmawiać. W każdym razie, gdy dzisiaj zapadłem w drzemkę, w domu, zamiast iść do pracy, to przyśniła mi się. Jako nimfa wodna. Chociaż, gdy teraz o tym pomyślę, to pewnie bardziej jak wydra, bo goniła za rybami. Tak to jest, jak człowiek zasypia po południu zamiast iść na trening.
Na ten ostatni nie poszedłem, bo mnie ramię boli. To znaczy, chyba się przez ten ból w nocy budzę, choć nie wiem. Więc sobie jeden dzień odpuszczę.

Wpadłem na nowy pomysł jak tu coś robić z moimi lękami i listą rzeczy do zrobienia. I tak sobie skróciłem czas codziennego pisania pamiętnika do 10 minut.
Co to zrobić z problemem, z którym sobie człowiek nie umie poradzić, czy trudno mu to idzie, to dla mnie to robienie rzeczy z listy. Jak na przykład podarowanie komuś zamrażarki, czy sprzedanie, oddanie jakichś tam opon samochodowych.
Dzielę ten problem na takie kawałki, jakie jestem w stanie praktycznie ugryźć. Doszedłem do wniosku, że lepiej jak się nimi 5 minut dziennie będę zajmował niż wcale. 5 minut dziennie, to 30 minut w tygodniu, lepsze to niż nic, a moja głowa uczy się, że nic się jej nie dzieje. Łatwiej mi niepokój przez 5 minut zwalczać, praktycznie mówiąc, niż przez dłuższy czas. A nawet jak się nie będę umiał zabrać za to, to postanowiłem po prostu przez 5 minut siedzieć i wizualizować sobie to, co mam zrobić.
Niektórzy ludzie mają problem żeby przebiec 5 kilometrów. Dla mnie to pestka, choć oczywiście, zależy to od tempa. Wysiedzieć 5 minut w domu robiąc niektóre rzeczy które muszę zrobić, to jak maraton, za który nie umiem się zabrać.
Maraton kiedyś biegłem, to męczące, muszę przyznać, ale dużo przyjemniejsze od tej mojej listy rzeczy do zrobienia. Dla mnie.

Granice bólu i dołki

Wiadomo, każdy odczuwa ból inaczej, bo jest to coś subiektywnego. Jak się uprawia sport, to gdy człowiek jest napompowany adrenaliną, to często nie czuje bólu, w momencie kontuzji, albo potrafi go zignorować. To nierzadki widok, gdy ludzie „potejpowani”, czyli z różnymi bandażami sportowymi dalej nadwyrężają swoje stawy, czy mięśnie. Czasami robi się to do momentu, gdy się po prostu nie da, bo organizm jakoś tam zdroworozsądkowo blokuje daną część, albo ból jest tak przenikliwy, że trzeba sobie odpuścić. To znaczy, sygnał bóli dociera nawet do tej oszołomionej głowy.
Ja sam nieraz jakoś jeszcze walczyłem na zawodach, raz ze złamanym obojczykiem i łokciem, innym razem z zerwanym jakimś tam wiązadłem.

Stephen Fry opowiadał o jakimś wojskowym, który rzucił się pod ciężarówkę, bo nie mógł wytrzymać tego wewnętrznego bólu, ciemnej depresji, czy stanów lękowych.
Potem leżąc połamany w szpitalnym łóżku powiedział — taki ból jest łatwiejszy do wytrzymanie, niż ten w głowie.
Potrafię się z tym zgodzić. Możliwe, że to też kwestia jakiegoś treningu, czy wiary, że ten ból w głowie przejdzie, to znaczy, nie jest to ból, ale jakieś takie uczucie powodujące, że nic nie ma sensu, że człowiek jest jakby nigdzie, nie ma się czego uchwycić, tęskni, miota się i wie, że nic nie może zrobić, że tak już zawsze będzie.
Tak się przynajmniej w takim momencie wydaje.
Myślę, że przez trening, jak i w bieganiu, można nauczyć się jakoś z tego dołka wychodzić. Ja na przykład uprawiam sport i medytuję codziennie, choć bardzo krótko. W czasie medytacji uczę się niejako tego stanu spokoju, faktu, że on istnieje. Także tego, jak do niego powracać. To oczywiście tylko jedna z metod.
Wiele ludzi ma też inne niż ja, ale, myślę, że obojętnie coś się robi, żeby wyjść z tej ciemności i bezsilności, to ważne jest chyba, żeby wiedzieć co się dzieje. Jak człowiek wpadł do dołka, to trudniej z niego wyjść, gdy nawet się tego nie wie, że to tylko dołek.

Niskie bariery

Ludzie śmierdzą, chrząkają, gadają, czyli przeszkadzają mi tym. Czuję się może trochę jak ten jeden wariat z filmu K-Pax, który chodził z kąta w kąt powtarzając, że ludzie śmierdzą. Fakt, ja nie mówię tego na głos i nie zawsze mi to wszystko przeszkadza, ale czasami jestem wrażliwy na siorbanie, czy zapach jakichś szprotek w oleju, czy co tam kto jadł.
Ciekawe jaka część populacji używa nitki do zębów. Trudno powiedzieć, a nie chce mi się sprawdzać. Japończycy podobno nie używają dezodorantów, za to kąpią się częściej. Nie wiem czy to prawda.
Oglądałem jeden film dokumentarny w którym były między innymi mowa o portugalskich podróżnikach, uważanych przez Japończyków za barbarzyńców. Z tego chociażby powodu, że w Europie kąpiel nie była tak popularna, tak ze 300 lat temu. Japończycy zażywali jej dosyć często, taka już ich tradycja. Nie wiem, jak jest z myciem zębów u nich.

Wczoraj zamiast iść na sport usiadłem sobie na łóżku w półmroku, słuchając spokojnej muzyki. To trochę jak balsam dla ciała i duszy, na chwilę przystopować, skupić się na swoim oddechu i na własnym ciele. Pozwolić myślom przepływać przez głowę.
Nie znaczy to, że o niczym nie myślę, po prostu staram się nie zatrzymywać na tym, co mi akurat mi przebiega przez zwoje w głowie. Tym bardziej, gdy dotyczy to pracy, czy czegoś.
Pomyślałem sobie też wczoraj, że czasami bariera moich lęków może wcale nie jest taka wysoka. Może jest po prostu jak plastikowa przegroda na basenie, trochę wysiłku i można się nad nią prześliznąć, choć czasami porysuję się brzuch.

Kiedyś lubiłem pływać kraulem po jednym jeziorze, czy może jeziorku, choć sporym. Poziom wody wahał się tam. Powstało ono sztucznie, gdy latami z niego piasek wygrzebywano. Pozostały w nim płyty, żelbetonowe. Kiedyś było w nim parę metrów wody więcej. W każdym razie, to płynąłem sobie, machając rękami, niefrasobliwie. Nagle poczułem jak coś mi przejeżdża po klatce piersiowej. Zatrzymałem się i zobaczyłem czerwoną smugę. Czerwona, po części z powodu rdzy. Przejechałem klatą po jakimś pręcie wystającym z tych płyt schowanych pod wodą. Kto by się kiedyś przejmował, że jakieś tam płyty pozostają.
Dawno tam nie byłem, ale od tego czasu raczej unikam tego jednego miejsca, gdzie są te płyty. Tak mi się jakoś skojarzyło.