Rzeczywistość, dziwne zwierzę

Siedzę sobie w kafejce, słonko świeci, choć tutaj jest chłodno, bo w cieniu. Wczoraj cały dzień na sporcie, dwa razy krótko sauna, całkiem miło.
Dzisiaj rano, to znaczy, raczej świtkiem koło południa, zrobiłem sobie kawy, żeby się jakoś za coś zabrać. Chciałem popisać pamiętnik. Oczywiście, od razu robi mi się dziwniej, robię się zmęczony.
- Idź może do kafejki – mówię sobie.
- Eeee, co pójdziesz – odpowiada inny głos – na pewno będzie pełno i kelnerzy na ciebie będą patrzyli, że siedzisz bez końca z notebookiem, miejsce zajmujesz.
- Poza tym, to jesteś zmęczony – odzywa się znowu w mojej głowi.
No właśnie, może dlatego, że się tym głosom przyglądam, temu, co się ze mną dzieje, podejrzewam, że to po części lęki, które tak przemawiają, ludzkim niejako głosem.
- Jak zostanę w domu, to i tak nic nie zrobię – rzuca odważnie logika.
- Napiję się trochę tej kawy i pójdę – mówię, prawie, że na głos.
W końcu poszedłem, bez picia kawy. Przed drzwiami do budynku spotkałem sąsiada, Domownika, więc pogadaliśmy nawet długo, bo dzisiaj słoneczko świeci, całkiem miło.
Ten Domownik nie pracuje, siedzi w domu. Wspominałem kiedyś o nim. Jest młodym emerytem, czy rencistą, bo ma stany lękowe. Trudno jest mu z ludźmi.
Jest bardzo miły, lubi sobie pogadać, ale coś go łapie, jak jest więcej ludzi, czy musi opuścić dom. Muszę się go dokładnie popytać. Potrafi jeździć samochodem, to go uspakaja, powiedział mi dzisiaj.

W sumie, to codziennie jest jakiś artykuł na temat lęków, czy innych problemów z głową. Zarówno w niemieckiej jak i australijskiej gazecie online. To niewątpliwie pozytywne, że coraz więcej się na ten temat mówi i pisze. Kiedyś to ludzie byli po prostu uznawani za lekko postrzelonych, mniejszych, czy większych wariatów, teraz próbuje się coś z tym zrobić.
Ja też chyba byłem kiedyś nieźle pokręcony, teraz zdaję sobie z tego sprawę.
Nie wiem, dlaczego pewnych rzeczy nie robiłem. Nie poszedłem na przykład na egzamin poprawkowy na studiach. To znaczy, poszedłem, ale wykładowcy nie było. Dlaczego więcej nie próbowałem? Nie wiem. Może dlatego, że równocześnie robiłem szkołę muzyczną i uznałem, że nie chcę już studiować?
Teraz wiem, chyba, że krył się za tym element unikania. Egzamin powodował stres, pewnie spory, może miałem akurat słabą odporność psychiczną i po prostu „uniknąłem go”?
To nie jedyny przypadek, gdy pewne rzeczy jakoś znikają z mojej świadomości, jakoś się rozpływają. Emocje powodują, że mi jakby część świadomości siada, albo zmienia się odbieranie niektórych rzeczy. Choćby jak to dzisiejsze pójście do kafejki. Czasami musiałem się napić kawy, by móc być w stanie wyjść z domu, pójść na kawę do kafejki. Inaczej robiłem się „zmęczony”. To w pewnym sensie bardzo interesujące, jak emocje logiką, albo całym ciałem potrafią kierować.
Nie wspomnę tu już o problemach na egzaminach, gdzie nie umiałem połapać myśli. To jak wtedy, gdy człowiek czyta coś, a będąc w drugiej, czy trzeciej linijce nie wie już, co było w pierwszej. Więc musi wrócić, starać się skupić, ale przy trzeciej linijce znowu już nie pamięta, co było w pierwszej. Gdy te linijki są logicznie powiązane, to ma się problem.
Wytłumaczenie takiego problemu jest w miarę „proste”. Człowiek używa pamięci operacyjnej, by móc przeprowadzić jakieś świadome operacje myślowe. Jest ona ograniczona. Dlatego trudno jest na przykład mnożyć dwie cyfry w głowie, np. 7×235 i równocześnie rozmawiać z kimś aktywnie, albo odliczać pieniądze płacąc przy kasie w sklepie. Prosto zrobić taki eksperyment.
Ta pamięć jest zajęta przez uwagę zwracaną na otoczenie, gdy człowiek jest zestresowany, albo przejmowanie się tym, co się zaraz stanie. Na przykład na egzaminie. Organizm w sytuacji stresowej przygotowany jest do walki, albo ucieczki, a nie do rozwiązywania jakichś skomplikowanych problemów logicznych, czy nawet prostych matematycznych.
Podobnie, gdy się używa telefonu w czasie jazdy samochodem. Niby człowiek jest uważny, wie co robi, ale jedzie czasami trochę zygzakiem po drodze. Wiem, bo sam to wiele razy widziałem i też kiedyś pisałem wiadomości w czasie jazdy.

W każdym razie, to wiem, że warto zajmować się swoimi problemami, to znaczy, ja moimi. Wtedy łatwiej mi znaleźć rozwiązanie moich problemów, a chociażby spostrzeżenie, co i jak, wychwycenie pewnych oczywistych błędów zachowania.

Tak jak z chodzeniem do kafejki. Wiem, że mi trudno wyjść z domu, że mówię sobie
- to nie ma sensu, w ogóle – z drugiej strony wiem, że potem mi lepiej.
Ja nie tylko uważam, że wyjście do kafejki nie ma sensu, ja tak po prostu czuję, „wiem”, że tak jest, w danym momencie.
Z drugiej strony, jakiś inny obwód neuronowy w mojej głowie „wie”, że w 95% przypadków dobrze mi robi, gdy wyjdę i popiszę w kafejce, z łatwością, w domu trudno mi się za to zabrać, a czasami cholernie trudno.
Dlatego jak dzisiaj, staram się korzystać z moich doświadczeń, choć zaprzeczają one moim aktualnym odczuciom i głosom w głowie.
Akurat przeszła ładniutka Azjatka z restauracji obok. To też miłe :-)
Nie muszę dodawać, że w kafejce, siedząc na zewnątrz prawie cały czas byłem sam, więc nikomu miejsca nie zająłem, nie pierwszy i nie ostatni raz. Poza tym, to raczej zawsze daję napiwki, więc obsługa raczej krzywo na mnie nie patrzy. Wot, logika.

Odbijanie o ścianę i łapanie za piersi

Chcę zaraz zjeść snickersa, kupiłem sobie całą paczkę, chyba drugi raz w tym roku, a może pierwszy. Jestem jeszcze trochę jakiś dziwny, więc próbuję coś kombinować z moim systemem immunologicznym. Wiem, że kiedyś mi pomagało, snickersy i mocna herbata. Teraz piję kawę.

Mam bana na internet po 22.30. Sam go sobie ustawiłem na routerze, tak, że mi się WLAN po 22.30 wyłączy, oprócz weekendów. Teraz mam urlop, ale mimo wszystko staram się nie włączać tego WLANu zbyt późno. Podobnie mam bana na czytanie wiadomości, niemieckich, do godzin popołudniowych. Prosta piłka. Chodzi o to, żebym nie siedział cały czas w internecie. Tym bardziej, że w tej gazecie którą czytam zeit.de ludzie mogą komentować artykuły, tak, że czasami jest z 1000 komentarzy, w zależności od tematu. Wtedy można sobie godzinami nad tym siedzieć, nie wspominając już o kleceniu własnych komentarzy.
W każdym razie, to czytam sobie australijskie wiadomości, tam nie a komentarzy, więc godzinami nad tym nie siedzę.
Ostatnio jest akcja w stylu „on ją złapał za pierś, do więzienia z nim”.
Przesadzam, ale na 15 wiadomości na głównej stronie dzisiaj były ze dwa na ten temat.
Nawet jeden o Ben Affleck
http://www.abc.net.au/news/2017-10-12/ben-affleck-apologises-for-groping-mtv-host-live-on-air/9041784
Widać tam na drugim wideo, jak reporterka siedzi u niego na kolanach, tuląc się do niego, on sobie z nią żartuje, robiąc mniej lub bardziej wybredne żarty. Dziewczyna, czyli reporterka rozpływa się, wcale mu z kolan nie schodząc, raczej go obejmując.
Tak sobie po prostu żartowaliśmy przed kamerą — skomentowała reporterka potem.
Ale na pierwszym wideo podobno łapie on inną reporterkę za pierś i ona ma traumę na parę, czy paręnaście lat. Czyli, zależy na kogo się trafi. Ona opowiada o tym oczywiście w paru wywiadach, tak to przynajmniej na tym wideo wygląda.
Nie jestem za łapaniem za piersi, jak ktoś tego nie chce, ale gdy chodzi o artystów TV i innych, to czasami mam wrażenie, że nie zawsze działają oni według konwenansów rodzin królewskich.
Dla mnie to trochę, jak skręcać się ze zdziwienia i nie móc ukryć oburzenia, jak się zobaczy jakiegoś gitarzystę Rolling Stonesów, który sobie skręta pociąga.
- Ten rockowiec palił skręta, jak tak w ogóle można!!! — nie, na tyle debilni reporterzy nie są.
Ale, tym żyje prasa i TV, mniejszymi i większymi skandalikami, szczególnie o podłożu seksualnym. „Sex sells”.

Tak mi się to skojarzyło, bo w tej niemieckiej gazecie też jest codziennie coś na temat kobiet ofiar, które mniej zarabiają niż mężczyźni, choć mniej pracują.
By temu zapobiec, także jakimś seksualnym ekscesom, w stylu, powiedzeniu koleżance w pracy, że dobrze wygląda, istnieje w Niemczech wachmajster (Gleichstellungsbeauftragte) od pilnowania dobrych obyczajów.
Można do niej iść, żeby się poskarżyć. Do niej, bo to zawsze „ona”.
W tej gazecie był nawet przedwczoraj reportaż, że teraz nawet kobiety czasami czegoś od facetów chcą, to znaczy, na przykład szefowe. Paru facetów, z tym przynajmniej jeden gay, użaliło się, że mieli kłopoty ze starszymi szefowymi, które im najpierw „pomagały”, ale jak się okazało, że faceci nic od nich nie chcą, to zmieniły trochę kierunek „pomocy”.
Czego nie napisali w artykule, to fakt, że akurat przedwczoraj jeden z sądów niemieckich potwierdził, że tym wachmajstrem od obyczajów może być tylko kobieta. Także może być wybierana tylko przez kobiety. A to dlatego, że kobiety ciągle są jeszcze uciskane i na specjalnych prawach. Dlatego facet nie może być przedstawicielem równouprawnienia w zakładzie pracy. To nie żart, można sobie pogooglować.

Co do artykułów, to oprócz tych skandalików i walki płci, to były też dwa artykuły na temat rodziców, którzy zabili swoje paroletnie dzieci.
Jedni rodzice niejako „przypadkowo”, więc dostali tylko po 4 lata, w innym wypadku torturowano dziecko, miesiącami, dlatego, że przypominało ono matce swojego ojca.
Czyli — wyglądasz jak tatuś — i jeb mu w głowę, albo głową o szafkę.
Matka i ojczym owijali mu też na przykład głowę taśmą, bo on „na nich patrzył”. Nie wspomnę już o normalnym biciu i psychicznym torturowaniu. Dostali po 30 lat.
Nie wiem już dlaczego to dziecko na koniec zmarło, ale przynajmniej jeden z policjantów zrezygnował ze swojej roboty po tym, jak się tym przypadkiem zajmował.
To z tymi dziećmi, zabijanymi przez rodziców, interesuje mnie może też dlatego, że zastanawiam się, czy mój Stary byłby w stanie mnie „przypadkowo” zabić.
Wiem, że mi tym groził, to znaczy, nie przypadkowym, ale celowym „zatłuczeniem”.
Czasami uderzył tym, co miał akurat pod ręką, ale nigdy mnie ciężko nie pobił. Chociaż, nigdy nie wiadomo, czy by nie był w stanie mnie akurat kiedy młotkiem puknąć, gdyby do końca stracił nerwy.
– To dobry człowiek — mówiła moja Babcia — tylko ma taki porywczy charakter.
Nie przeszkadzało jej to w tym, żeby go czasami od SS-manów wyzwać, ale, wiadomo, „co Bóg złączył, niech się człowiek nie waży rozdzielić”.
Czyli, na nasz, lepiej, jakby się pozabijali, niż coby sąsiedzi, czy ksiondz miał coś powiedzieć, albo ten Bóg, który sobie to tak wykombinował, aha.
Czy to rzeczywiście Bóg ludzi łączy, jak ich ksiądz czymś tam pokropi, to już inksza inkszość.

Za oknem słońce, idę chyba do klubu poodbijać o ścianę, bo lepiej się czuję i mam jeszcze urlop. Poza tym, to dzisiaj świeci słońce.
Odbijanie o ścianę mnie uspakaja, to prawie jak medytacja :)
Lepsze to też do siedzenia w domu, z cieniami wspomnień na ścianach.
Na koniec nie zjadłem tego snickersa, nawet nie wiem dlaczego.

Wieczorem przychodzą duchy przeszłości

Wieczorem przychodzą duchy przeszłości. Nie wychodziłem z mieszkania, posiedziałem tylko krótko na balkonie, jak tam słońce świeciło, bo znika kiedyś tam za blokiem naprzeciwko.
Wczoraj poszedłem na paletki, do klubu, spędziłem tam w sumie z 8 godzin, z przerwą na saunę i jakąś tam zupę na obiad. Poszedłem na ten sport, bo wiem, że mi wyjście z domu, poruszanie się, pooglądanie ładnych dziewczyn, dobrze robi. Instynkt. Poćwiczyłem znowu z Tajlandką, pod wieczór podenerwowałem jednego, Łamacza Rakietek, wygrywając z nim, ze dwa razy.
Na moją uwagę, że dzisiaj nie złamał rakietki, odpowiedział, że już nie łamie.
Za to w czasie gry powtarza, na głos oczywiście, bo nie potrafię czytać myśli:
- Już mi się nie chce, już nie gram.
Co wcale nie oznacza, że przestaje grać. Tłumaczy, że gdyby grał na poważnie i przegrał, to by się naprawdę złościł.
Wygrał jednego seta, ja wygrałem 4. Dobrze mi to zrobiło, on uznał, że to nie jego dzień. I tak nie wie, że pewnych uderzeń nie gram, bo byłoby wtedy za łatwo, albo tak mi się tylko wydaje.
W czasie gry starałem się trzymać mojego planu, czyli myśleć o oddychaniu, nie tylko to, także starać się oddychać głęboko, bo czasami zaczynam się chyba dusić, czując, jak robię się jakiś sztywny, przynajmniej moje ruchy.
Mam wrażenie, że mniej się teraz stresuję, grając.
Co innego w domu. Tutaj mam prawie, że cały czas włączoną muzykę, w kuchni. Cicho, ale na tyle, że ją słyszę w innych pokojach. W „domu rodzinnym” raczej nigdy muzyki nie było, jak mamy nie było. My z siostrą oczywiście nic w pokojach nie włączaliśmy, nawet jakbyśmy coś mieli. Ja nawet na gitarze starałem się po cichu ćwiczyć, co mi się chyba za często nie zdarzało, gdy Stary był w domu.

To interesujące, jak przeszłość gdzieś tam mieszka w głowie. Wiadomo, uczono mnie ostrożności i lęku przez całe moje dzieciństwo. Jedynie noc była w miarę spokojna, choć też można było zostać wyciągniętym z łóżka, gdy Staremu coś nie pasowało.

W każdym razie teraz czuję się, jakbym miał lekką gorączkę, ale nawet nie mam termometru w domu. Zjadłem trochę witamin, zagryzłem kawałkiem makowca z miodem. Myślę, że do jutra będę w miarę spoko. Opijam się herbatą z imbiru.
Blondi odpisała z Kanady, już wczoraj. Też była akurat przeziębiona. Mają tam dzisiaj Thanksgiving i wczoraj i dzisiaj grilla. Już wczoraj chciałem kupić kawałek kiełbasy z dzika, czy jelenia, ale nie było myśliwego na targu. Jakoś nie mam ochoty na inny rodzaj mięsa. Niby mam, ale z drugiej strony, to wiem, że źle bym się potem czuł. Czasami mam chcicę, tu kupię jakiej kiełbasy w normalnym sklepie. Tak parę razy do roku. W każdym razie nie teraz.

Ciekawe jak to będzie jutro i jaka noc będzie. Dobrze, że mam jutro urlop, inaczej, to bym poszedł do roboty i tam żłopał kawę, żeby siedzieć prosto na krześle. Od paru lat nie brałem wolnego ze względu na chorobę. Jestem trochę pomerdany.
Czasami w nocy budzę się i patrzę w stronę drzwi, czy tam kogoś nie zobaczę. Ciekawe skąd mi się to bierze.
Coś mi zimno, tak, jakby za oknami był już śnieg. A może to po prostu trochę gorączki.

Niby rzeczywistość

Urlop mnie rozkłada. Wczoraj mnie łeb bolał, może po prostu dlatego, że spędziłem większość dnia leżąc na łóżku i oglądając serial „Border Security”. Zacząłem od australijskiego, poprzez kanadyjski, kończąc na jakimś z Południowej Ameryki.

To interesujące jaką mam huśtawkę. Niewątpliwie niekiedy mnie moje lęki za bardzo omotają, jak pajęczyna, nie jestem w stanie się poruszyć, czyli zrobić nic sensownego. Tak, jakby jakiś niewidoczny pająk energię ze mnie wysysał.
Tyle, że jest lepiej niż kiedyś, bo wiem, że mam też dobre momenty. Jak wpadam do jakiegoś dołu to nie tak głęboko jak kiedyś.
Idę dzisiaj na sport, bo nie byłem od czwartku, a tu już sobota.
Nawet nie piłem kawy, czy herbaty wczoraj, bo wiem, że by to nie pomogło. Poszedłem za to na zakupy i wszamałem coś tam w knajpce, to znaczy, falafla. Gdy tak siedziałem, przy stoliku, na zewnątrz, to ból głowy powoli przechodził. Mam go głównie wtedy, gdy cały dzień spędzam w domu. „Dom”, to miejsce, gdzie się czasami dobrze, a czasami źle czuję.
Jestem trochę połamany, choć tak wiele sportu nie uprawiałem. To znaczy, w czwartek ból gardła, ale dzisiaj lepiej. Czasami czuję się trochę nierealnie, tak, jakby to nie była moja rzeczywistość. To w sumie interesujące uczucie.

Znowu sobota

No i sobota, znowu. Wczoraj było nawet trochę słońca.
Dzisiaj dzień sportu, jak to sobota. Dlaczego idę na sport? Chociażby dla towarzystwa. Może też dlatego, że chcę się nauczyć wygrywać, no właśnie, poprzez trening? Na tym ostatni aż tak bardzo chyba mi nie zależy, inaczej bym więcej ćwiczył, bo mogę też w domu pewne rzeczy robić.

Wczoraj po treningu byłem jakiś spokojny. Może dlatego, że sobie tylko ćwiczyłem, wcale nie grałem. To trochę jak medytacja, takie ćwiczenie. Jestem wtedy trochę we własnym świecie, skoncentrowany na tym, co robię.
Innym powodem do tego, że jestem tutaj to możliwość pogadania z ludźmi. Nie siedzę sam, jak kołek, czy ciołek w domu.

Sobota, mimo wszystko obudziłem się koło piątej nad ranem. Wiadomo, internet. Pooglądałem sobie jakichś kabarecistów, potem napiłem się mocnej herbaty.
Teraz dwa tygodnie urlopu. Zobaczymy jak to będzie.

W ten, albo w inny sposób

Dzisiaj wróciłem do domu i padałem na pysk. Trochę się przespałem, chyba tylko po to, żeby być bardziej nieprzytomny.
– Napij się kawy — chodziło mi po głowie — obudzisz się, a ona tak długo nie trzyma jak herbata.
To wszystko dlatego, że chciałem mój 20 minutowy plan dnia zrobić, czyli popisać coś tam pamiętnik.
Wiadomo, zamiast coś takiego zrobić, wszedłem na internet i przejrzałem wiadomości i ciekawostki z trzech różnych krajów.
- Napij się kawy – kusiło mnie coś w głowie.
Włączyłem czajnik na wodę.
Chciało mi się po prostu wyć. Nawet nie wiem dlaczego, może by wypełnić tą pustkę, taką trudną do opisania. Nie tęsknotę, ale pustkę.
Oczywiście, przegryzałem coś od czasu do czasu, bo „byłem głodny”. Czasami mam wrażenie, że tą pustkę próbuję jedzeniem zatkać. A dzisiaj nie idę na sport, więc mam czas na takie coś.
Na koniec jakoś zabrałem się za pisanie. Wymieniłem nawet klocki hamulcowe w rowerze, który już przedtem zapakowałem do wanny, żeby go trochę opłukać.
W pewnym sensie byłem z siebie trochę dumny, choć wiadomo, jakiś inny głos mówił mi, że to przecież bezsens, bo nic dzisiaj nie zrobiłem.
Mimo wszystko, to uważam, że lepiej, gdy cokolwiek zrobię, niż w ogóle nic.
Gdybym się napił kawy, to i tak nie wiadomo, czy bym coś zrobił, ale pewnie bym gorzej spał, obudził się jeszcze bardziej zmęczony, spocony, napił rano kawy, żeby stanąć na nogi i padał na pysk wieczorem. Znam to. Może dlatego jakaś resztka rozsądku powiedziała mi, że nie ma sensu pić kawy po 19. Czasami jednak piję. Takie życie.

Niemcy, a przynajmniej ich część jest w żałobie, że partia nazistowsko-rasistowska dostała ponad 10% głosów w wyborach. Co ciekawe, to w jednej z gazet internetowych wrzucili artykuł w którym każdy mógł napisać dlaczego na tą partię głosował. Nazistów, czy rasistów tam raczej nie było, albo przynajmniej nic takiego nie pisali. Mówili za to, że mają dosyć polityki z „uciekinierami”, czyli emigrantami ekonomicznymi.
Australijczycy także określili tą partię jako partię o programie anty-uchodźczym.
Ta, tyle, że jak ktoś tu w Niemczech ma inne zdanie, to jest uważany za nazistę. Polacy, to w ogóle, sami naziści, bo nie chcą emigrantów, przepraszam, uciekinierów przyjmować. Oczywiście, prasa jedno, a człowiek się od ludzi, Niemców, czego innego nasłucha, tym bardziej jak się mieszka w trochę „zasiedlonym” mieście.
Wiadomo, nikt nie ma nic przeciwko szukającym azylu politycznego, ale wpuścić koło miliona, czy dwóch milionów ludzi, bez jakiejkolwiek kontroli, to trzeba być już ideologicznie zaślepionym, moim zdaniem. To, wiele z tych „uciekinierów” pogubiło paszporty, nie gubiąc przy tym telefonów komórkowych, to witającym nie przeszkadza. Z odchyłów ideologicznych ten naród jest trochę znany, w ten, albo w inny sposób.

Łatwiej w kafejce

Siedzę na zewnątrz, na tarasie kafejki. Piszę sobie coś tam, tutaj też. W domu musiał bym się umęczyć, żeby do tego siąść, tutaj jakoś łatwo idzie. Za cenę jednego cappuccino mogę w spokoju popisać.
W domu na samą myśl o tym, żeby usiąść do pisania zaczyna się dusić, to znaczy czuję ciężar na klatce piersiowej, automatycznie płycej oddycham. Czasami robi mi się gorąco, wtedy wiadomo, otwieram drzwi balkonu, to trochę pomaga. Najtrudniej jednak zabrać się za to pisanie, czy robienie czegoś. Normalka.
Tutaj zamawiam sobie kawę, siadam, wyjmuję komputer i po prostu piszę.
Wygląda jednak na to, że w domu jest mi trudniej. To też nic nowego, ileś tam naście lat dom odczuwałem jako niebezpieczne więzienie i starałem się go unikać, jak się dało. Tak mi pewnie pozostało, w niektórych zwojach mózgowych.

Blondi odezwała się z Kanady. że też jej się chce codziennie pracować, bo ma tylko jeden dzień wolnego. Ale, kto wie, co w jej zwojach mózgowych się kręci.

Za tydzień mam dwa tygodnie urlopu. Chyba to przesiedzę w domu. Jakby się ktoś dziwił, to mój ostatni „urlop” trwał ponad dwa i pół roku. Teraz biorę urlop, w sumie trochę ze względu na sugestie klienta, bo on ma mniej kasy w tym roku.
Ciekawe jak to będzie, siedzieć tutaj przez dwa tygodnie. Mógłbym pojechać do Chin, czy do innego miasta, ale nie chce mi się. Postaram się zrobić trochę porządku z moim zawalonym mieszkaniem. Może uda mi się sprzedać ten aparat. Kto wie.

Idą stąd, dla przyzwoitości, bo nie chcę siedzieć godzinami przy jednym cappuccino, choć na zewnątrz nikogo nie ma.

Wczoraj poszedłem jednak na paletki, mimo lekkiego bólu w nadgarstku. Jakoś mnie tam specjalnie nie bolało, ale trochę poćwiczyłem z Tajlandką, pogadałem z ludźmi, potem ćwiczyłem z jedną która była kiedyś dobra w niektórych sportach. Ogólnie, to dzień przeleciał. Tam też piszę sobie w kafejce, przy kawie.
Chciałbym tak umieć pisać w domu, jak piszę sobie w kafejce. Jak to zrobić?

Chmurki taniego dezodorantu

Radio jest dosyć głośne, żeby zagłuszyć odgłos wirującej pralki, to znaczy, żeby było coś słychać. Za oknem niebieskie niebo. Gdy się pochylę, to nawet widzę jego kawałek, bo resztę zasłania mi blok naprzeciwko. Dlaczego wybrałem mieszkanie z blokiem naprzeciwko? Może dlatego, że ma balkon i od tej strony jest cicho, bo jest to zbiór budynków z dużym podwórzem pośrodku. Oczywiście, trawnik, jakieś drzewka pośrodku. Jest to zamknięte bramami, tak, że nikt obcy tu nie wejdzie. Pełno tu takich wewnętrznych podwórek. Taka charakterystyka budowy. Trochę może jak w Chinach, choć to północ Europy.

W każdym razie, to jest w tej kuchni dosyć głośno. W mojej głowie też, bo piję mocną czarną herbatę. Nie taką jakąś sikowatą, ale bardziej kolorem zbliżoną do kawy, choć pewnie ciemniejszą.
NB (Narkotyk-B) posłała mi zdjęcia psa i córki, kolejność dowolna, bo obie te jednostki były na zdjęciu. Pies wielki, przynajmniej jakiś porządny.

Rano chciało mi się spać, mam zakwasy, czyli jak zwykle. We wtorek nie byłem na treningu, tak, to codziennie coś tam robiłem. Dzisiaj też idę, choć boli mnie nadgarstek. Przynajmniej popatrzę na ładne dziewczyny, może pójdę do sauny, nie będę siedział jak jełop w domu, to znaczy, leżał na łóżku oglądając jakieś tam głupoty.

Dalej obserwuję moje reakcje, próbując znaleźć metodę na przeskoczenie pewnych przeszkód. Wiem, że w niektórych rzeczach się poprawiam, jak na przykład w paletkach. Dlatego, że je ćwiczę. Jak ze skakanką. Idzie mi to bardzo powoli, ale jakoś coś się tam poprawia. Nie jestem raczej specjalnie zdolny, na wszystko muszę pracować. Kiedyś umiałem tylko ze trzy podwójne skoki zrobić na skakance, wczoraj zrobiłem znowu 50, bez przerwy. ćwiczę to, bo jestem zbyt powolny.
To tylko jeden aspekt, w sumie mało znaczący, ale dający nadzieję, że coś się jednak może zmienić. Wiem, że lata temu było mi dużo gorzej, w weekend wszystko waliło mi się na głowę. Teraz jest jakoś lepiej, choć ciągle wiele jest niepoukładane.
Ciągle jeszcze nie wziąłem się za pewne rzeczy. Czuję lęk, to znaczy, zaczynam się lekko dusić, gdy o nich pomyślę.
– Weź się za siebie, po prostu to zrób — powiedziałby ktoś.
Dlatego pewnie jestem sam.Walczę tylko ze sobą samym, nie muszę z nikim innym.

Wczoraj w robocie ktoś mnie zestresował. Poczułem jak wpadam w stan „paniki”. To znaczy, zauważyłem, że robię się jakiś dziwny, moje odbieranie świata jakby się zawęża, myśli zaczynają uciekać. Trwało to tylko przez moment. Nawet nie zdążyłem na to świadomie zareagować. Coś tam odpowiadałem, z drugiej strony zdając sobie sprawę ze swojego stanu. Jak mówię, szybko to przeszło, ale wiem, że mam już zasób narzędzi na takie przypadki. Codzienna medytacja, spokojne oddychanie, to pomaga, to mam wytrenowane, wiem, że mogę tego użyć, gdy mi się o tym przypomni.

Tutaj w przebieralniach nie wolno używać dezodorantów. Oczywiście, ludzie używają. Kiedyś mi to zwisało, ale teraz używam małej przebieralni i jak są okna zamknięte i ktoś doładuje z jakiejś chińskiej podróbki, to człowiek się czuje jak insekt popsikany DDT.
Po prostu śmierdzi, nie wiadomo co się wdycha. Często są to ludzie z pochodzenia z obcych krajów, muszę się temu przyjrzeć. W Australii też nie wolno używać aerozoli w przebieralniach, więc jak ktoś użyje, to raczej dyskretnie. Nie należę do przewrażliwionych, choć wiadomo, tak każdy przewrażliwiony zaczyna. Ale niektórzy to naprawdę używają tego sprayu na całe ciało, wytwarzając piękne chmurki. Teraz jak jest chłodniej, okna są zamknięte, to może się to bardziej czuje.
Ciekawe, czy w innych okolicach, krajach, też tak jest.

W czapce, z krótkim rękawkiem.

Jakiś dziwny jestem. Może powinienem zacząć długi rękaw zakładać, jak rano jadą na rowerze, choć i tak mam na sobie kamizelkę wiatrołap.
Już z daleka rozpoznaję jadących mi z naprzeciwka rowerzystów. Jeden, cały na zielono, trochę starszy. Potem młody, w krótkich spodenkach. Często też blondyna, ciemnych okularach, niezależnie od pogody. Ta blondyna była chyba nawet w czapce.
Ja też już z rana w czapce i rękawiczkach, tyle, że w koszulce z krótkim rękawkiem.
Najtrudniej jest przez pierwszych 5 minut, potem się robi cieplej.

Mimo wszystko, łatwiej mi się jeździ w zimnie na rowerze, niż robi cokolwiek w domu. Takie życie.

Dym z uszu

Czas płynie, klimatyzacja cicho szumi, dokładniej mówiąc, to syczy z lekka. Jak zwał tak zwał. W niedzielę mało co zrobiłem. Oczywiście, mam z tego powodu nieczyste sumienie, ale, może już tak po prostu jest, tłumaczę sobie.
Trudno jest wyłapać ten moment, kiedy lęki mną manipulują, bo odczuwam to nie tylko fizycznie, poprzez wrażenie duszenia się, gorąca, czy fale zmęczenia, ale też poprzez moje myśli.
- Po co — to chyba najczęściej mi przychodzi do głowy.
- I tak się nie da/nie uda.
Wiem, że to wyuczona bezradność. Mimo, że o tym wiem, to trudno to przełamać.
W każdym razie, udało mi się wyjść na krótki spacer, dla zasady, choć to też „nie miało sensu”.
To w pewnym sensie zabawne, obserwowanie swoich myśli. Już się do tego przyzwyczaiłem, że nie istnieje jedno „ja”. Myśli pojawiają się z jakby różnych stron.
Każdy zna te obrazki na których do jednego ucha diabełek coś mówi, a do drugiego aniołek. Podobnie z innymi myślami.
Moim zdaniem mózg działa jak skomplikowana kolonia, na przykład mrówek. Porozumiewają się one między sobą, współpracują, ale po części są niezależne od siebie. Dlatego można mieć sprzeczne emocje, bo różne części mózgu do różnych „wniosków” dochodzą. To oczywiście bardzo jednostronny i uproszczony obraz, pokazujący tylko jedną perspektywę, jedno spojrzenie na coś. To jak zdjęcie samochodu, nie pokazuje ono detali silnika, ale widać na nim kółka, szyby, karoserię.

Blondi posłała zdjęcie z Kanady, tam jeszcze cieplej niż tutaj. Ona w letniej sukience, byli na lodach.
Wczoraj oglądałem parę meczy z paletek. Chcę się nauczyć strategii, bo to jednak łatwiej, jak się gra z głową. To znaczy, staram się rozpoznać strategię. Czasami, bardzo powoli, coś mi tam wychodzi. Myślę, że tego też się trzeba nauczyć, jak człowiek nie robi tego automatycznie. Co do uczenia się, to oglądałem sobie jeden głupi serial, po chińsku, z chińskimi napisami. Tyle mam satysfakcji, że już coś tam rozumiem, choć nie wszystko, czytając napisy. Muszę sobie je jeszcze zatrzymywać, bo tak szybko nie potrafię czytać.
Serial może trochę bez sensu, ale na tyle wciągający, że chce mi się go oglądać, mimo, że mi dym z uszu wychodzi, przez te napisy.