Zmęczenie

Jestem jakiś zmęczony, trochę smutny. Nic jakoś nie ma sensu, ale byłem na korcie, coś tam porobiłem. Wieczorem znowu te klubowe zawody.
– Po co to wszystko — pyta coś w mojej głowie.
– Masz jakąś inną, realistyczną, alternatywę? — odpowiada inny głos.
No właśnie, jak nie przychodzi mi nic konkretnego do głowy, nic co mógłbym zrealizować, to lepiej nic nie mówić, robić swoje.

Siedzę w kafejce, piję kawę i ziewam. Kawa coś nie pomaga. To problem który mam od lat, gdy nie mam pracy codziennie – „Jak tu się zabrać za robienie czegoś?”
Pomaga mi jednak trochę to, że mam listę z małymi zadaniami do zrobienia.

Pada dzisiaj, może to przez to to zmęczenie? A może to po prostu zmęczenie walką. Przezwyciężanie blokad jest męczące.

Bariery jak boa

Bariery, to coś, jak jakaś niewidzialna siła która mnie wiąże, jak sieć pająka. Mogę się szarpać, ale z każdą przemijającą minutą, godziną, czuję coraz wyraźniej, że przegrywam. Czas mija, a ja ciągle mam nadzieję, że jakoś się wyrwę. Piję kawę, herbatę, szukając w tym energii, albo nieruchomieję na jakiś czas, oglądając seriale, mając nadzieję, że odpocznę w ten sposób zdobędę trochę energii do walki. Mam wrażenie, że im bardziej się miotam, tym mocniej mnie ta sieć oplata. Na koniec dostaję bólu głowy i leżę po prostu, patrząc przed siebie.
A może to trochę inaczej, przychodzi mi właśnie do głowy. Może to nie jak pajęczyna, ale jak boa dusiciel, który zaczyna dusić mnie rano. Czując tą pierwszą duszność myślę, że ona jakoś przeminie. Czasami przechodzi, ale czasami nie. Wtedy z upływem czasu bywa jednak gorzej, ciężar na piersiach robi się większy. Ogarnia mnie zmęczenie i niemoc.
Jak działa taki prawdziwy dusiciel? Skąd to porównanie? On właśnie wcale też nie zgniata swojej ofiary naraz. Nie miażdży jej gwałtownie żeber. Raczej cierpliwie czeka. Mając ją raz zamkniętą w swoich objęciach, zaciska je coraz ciaśniej, z każdym jej wydechem. Na koniec dusi się ona, nie mogąc już po prostu zaczerpnąć powietrza.
Ja przy tym wszystkim czuję niepokój, tak, jakby rzeczywiście jakiś wielki włochaty pająk gdzieś tam na mnie czekał, albo zęby tego dusiciela. Nieracjonalny niepokój, bo przecież istnieją one tylko w mojej głowie.

No właśnie, jak się tu wyrywać z tego? Czasami kawa pomaga, choćby w tym, żeby wyjść z domu, gdzie życie jest po prostu inne.

Poszukiwanie właściwej techniki

Powoli jakoś dochodzę do siebie. Nadal jestem zmęczony, ale przynajmniej nie lało się ze mnie w nocy. Nie bolą mnie też już plecy, to znaczy, to miejsce na łopatce. Siekało mnie nieźle, nawet przy dotyku. Przeszło mi chyba przez naciąganie się, a może dlatego, że chyba kogoś znalazłem do podwynajęcia mojego mieszkania?
Trudno wyczuć.
W każdym razie, olałem dzisiaj siłownię, nie chciało mi się trenować. Mogłem pójść się po prostu ponaciągać, ale pewnie skończyło by się to na korcie. Myślę, że lepiej dać mięśniom wypocząć.

W paletkach zauważam jakie mam deficyty techniczne. Nie, żeby to było takie ważne, to po prostu interesujące. Z powodu tych deficytów spinam się, używając niewłaściwej techniki. Jak to jest w innych sferach mojego życia? Spinam się, gdy próbuję pisać, duszę się często, gdy siedzę w domu. Na ile jest to kwestia jakiejś techniki? Jak i na ile da się to zmienić?

Zobaczymy, jak to będzie jutro, czy wejdę znowu w mój rytm. Ciągle się zastanawiam co by się dało zrobić.
Powoli przyzwyczajam się do myśli o powrocie do Niemiec. Miło jest też mieć świadomość, że zawsze mogę tu wrócić.

Czasami moment spokoju

Dzisiaj rano trening, nawet nie miałem czasu czuć lęku w domu, potem byłem zmęczony, bo wieczorami do późna oglądam olimpiadę.
Teraz nawet jakoś się da znieść. Coś czasami jakby się w mojej głowie na „spokój” przestawia. A może to też dlatego, że wieczorem jeszcze graliśmy, bo mamy co środę coś w rodzaju zawodów klubowych.

Ciche głosy w głowe

Ch.. z duszeniem się. Dlaczego nie poszedłem do kafejki, popatrzeć na ładne Azjatki?
– Będzie tłok – powiedziałem sobie – dlatego nie ma co iść.
Może i coś w tym jest, ale w domu książki nie potrafię pisać, czy bardzo mało. Niech popatrzę na statystykę, której nie robię. Kto inny spisuje sny, ja nie potrafię spisać moich myśli, dlaczego? Uważam, że to bez sensu, a może to blokady. Myślę, że blokady, zaczynam się trochę dusić, czy spinam się, na myśl o pisaniu. Interesujące, czego się boję? Tego, że kosmici przyjdą, czy jakaś inna siła i zrobię się przez to pisanie bezbronny?
– Nie wolno Ci o tym pisać, ani nawet za dużo myśleć o tym – mówi mi jakiś głos głowie.
– Ty, głos, ty to jesteś poj..any – odpowiadam.
– Wiesz dobrze, że nie wolno Ci – syczy głos.
To syczenie kojarzy mi się ze starym. On zawsze przy ludziach psykał na nas, na Mamę też.
– Pst, pst, Lidziu – psykał i kiwał jej ręką, żeby jej coś pokazać.
Nie wiem, dlaczego nie powiedział po ludzku „Lidziu, popatrz no tutaj”.
Ale, to w sumie k..wa nie groźne, tak mi się to tylko skojarzyło.
– Nie wolno Ci o tym pisać na internecie – mówi głos.
– Dlaczego nie? – pytam – bo ktoś mnie uzna za poje…ego?
– Nie – odpowiada głos – po prostu ci nie wolno.
Interesujące takie ch…owe głosy w głowie.

Męczę się, czy nie?

W sumie, to przyzwyczaiłem się do tego, że się duszę, że mam jakieś blokady, ataki zmęczenia czy senności.
Czy zawsze tak było?
Jak było w dzieciństwie? Wtedy nie zastanawiałem się nad tym co czuję, po prostu czułem, tęsknotę, lęk, nienawiść. Myślę, że bardziej uciekałem w świat marzeń i nienawiści. No właśnie, nie zdawałem sobie z tego sprawy, że jestem pospinany.
Po prostu byłem jaki byłem. Chciałem się zabić, byłem zawsze zakochany, grałem na gitarze.

Czym to się różni od tego teraz?
Teraz wiem lepiej, co się ze mną dzieje, czuję lęki, to znaczy, gdy zaczynam się dusić. Kiedyś, to wiedziałem, że się pocę, w stresującej sytuacji, ale nie wiedziałem dlaczego. Gdy mi myśli uciekały z głowy, to po prostu uważałem, że coś ze mną nie tak, jestem źle podrutowany pod czaszką.

Coś mnie serce, czy coś akurat przez moment zabolało.
Za dużo kawy, herbaty, za mało sportu przez ostatnie dwa dni.
Kostka u nogi ciągle jeszcze spuchnięta. Mieszkanie w Niemczech ciągle nie wynajęte, choć dzisiaj coś tam  poodpowiadałem na maile.

Czym ja się tak przejmuję? Dostanę zawału serca i skończy się, albo innego raka?
No właśnie, nie chcę się zabić, nawet bym uznał, że szkoda było by teraz umrzeć.
Nie wiem oczywiście na ile walczyć, często przegrywam, bo najczęściej nie robię tego wszystkiego, co mam na liście.
Co z tego, że obserwuję moje emocje, jak ciągle panują one nade mną?
Jedynie to, że wiem, że to lęki. To nie zmienia faktu, że uczucie mdłości, czy duszenia się, jest po prostu nieprzyjemne. I tyle.

Dzień we mgle.

Dzisiaj nie ruszyłem się z domu. Otaczała mnie jakaś mgła zmęczenia. Teraz, pod wieczór coś się budzę, nie wiadomo dlaczego, może dlatego, że mogę iść spać?

Jutro się może ruszę, muszę choćby kwiatki u znajomych podlać, bo opiekuję się ich mieszkaniem.

Poranek i popołudnie, jak noc i dzień.

Poranek był bez sensu,  ale to zupełnie bez sensu. Nie dość, że mam trochę skręconą kostkę w nodze, spuchniętą i trochę bolącą, to jeszcze wczoraj przegrałem w półfinale.
Fakt, lepiej mi poszło niż ostatnim razem, bo wygrałem z trzema, przegrałem dopiero z kumplem z klubu. Kostka mi poszła trochę od razu w pierwszej grze, ale, nie bolała aż tak bardzo.

- Po co trenuję, i tak nic nie wygrywam, nie jestem w stanie, to bezsens. Podobnie jak pisanie książki — chodziło mi po głowie.
- Już nie wspomnę o chińskim, na przykład, czy o braku dziewczyny – myślałem oczywiście.
Nawet nie poszedłem do kafejki, bo miałem też może trochę dosyć ludzi i byłem zmęczony. Wczoraj spędziłem cały dzień, od 8 rano, do 9 wieczorem w hali sportowej. Skończyłem już wcześniej, ale nie chciało mi się wracać do domu, więc gadałem z jedną młodą Japonką i innymi.

Po południu musiałem do roboty, czyli trenować w szkole. Tam jakoś zapomniałem o tych wszystkich myślach, a może wcześniej, przed wyjściem, przy kawie.
Trzeba kombinować ja te dziewczyny zachęcić do trenowania, a nie tylko do grania sobie. Zauważyłem, że one lubią grać przeciwko mnie, dwie na jednego, same to zaproponowały. Więc grałem trochę, mimo tej mojej kostki. Siedziały prawie, że wszystkie z mojej grupy i przyglądały się grze. Zaczęły mnie nazywać Mister Coach, zabawne. Normalnie to zwracają się do mnie po imieniu.

W każdym razie, doszedłem do wniosku, po raz któryś, że trudno, robię dalej co robię.
Nie chce mi się myśleć o wyjeździe, jakoś mi tu fajnie, to tej Europy, ze jej wspomnieniami, ale wiem, że żyję tak, na tymczasowo. Choć miło jest pomyśleć, że zawsze mogę wrócić, czy nawet muszę, bo nie chcę, żeby mi wiza przepadła.

W każdym razie, to lubię trenowanie, staranie się dotrzeć do nich, wytłumaczyć im coś tak, żeby załapały. Dobrze mi to też chyba robi.

Wolna chata i pustka w głowie, albo za dużo myśli.

„Gdy jest mi źle, coś mnie zrani, to wiem, że mam parę niewidocznych skrzydeł,na których mogę odlecieć
Wreszcie zobaczę jak moje marzenia rozkwitają”

Coś mój dzień do kitu. Zobaczymy, czy uda mi się wybrać do kafejki, potem dorabiam jako trener. Jak nie pójdę do kafejki, to nic raczej nie napiszę, nie, żebym tak dużo napisał.
Zjadłem sporo czekolady z orzechami, napiłem się kawy, drugiej, jakoś próbuję się poderwać do lotu. Widzę jak bardzo mnie z rytmu wybijają niektóre proste rzeczy.
Parę może się złożyło, muszę załatwiać z wynajmowaniem mieszkania, a poza tym, to wstałem rano o 6, żeby odwieźć współmieszkańca na lotnisko. Chata wolna, ale co z tego.

– Wczoraj, czy przedwczoraj miałeś dobre momenty, pamiętasz — mówię sobie.
– Tęsknię jakoś, za kimś bliskim — odpowiada mi jakiś głos — za NB (narkotyk-B).
– Ano, tak bywa — mówię sobie — co zrobisz.
Po raz pierwszy patrzę przez okno, po raz pierwszy może od paru godzin realizuję, że niebo jest niebieskie.
Nie idę na siłownię, bo mi się nie chce. Mógłbym, ale nie chcę ćwiczyć, bo mam trochę zakwasy, a w niedzielę te śmieszne zawody.
– Bądź dobry dla siebie samego — mówię sobie — nie opieprzaj się niepotrzebnie, zły dzień, tak bywa, rób swoje, staraj się, jak się da, coś zrobić, jak nie, to nie.

Pogłaśniam muzykę. Już w domu dzisiaj nic nie zrobię. Od wczoraj czuję od czasu lekkie ćmienie głowy, pewnie znowu się trochę odwodniłem, muszę po prostu więcej pić.

– Dobrze, że nie chcę się zabić — przyszło mi do głowy i trochę mi się śmiać z tego chce.
Fakt, dobrze, bo tak, to bym się jeszcze bardziej dołował, uciekał do tej myśli.
– Po co coś robić, jak i tak się zabiję — na taką myśl odezwały by się inne głosy we mnie, a może po prostu głupio było by mi przed moim wewnętrznym dzieckiem? Nie wiem.
– To i tak nie ma sensu — przechodzi jak lekka mgiełka przez moją głowę.
– Trudno, jak nie ma to nie ma, to nie znaczy, że trzeba leżeć plackiem przed tą myślę, bo ciekawej jest próbować coś robić.
– Ch.j z tym — myślę sobie. — Idę zaraz do kafejki. Przedtem prysznic.